To był jeden z najważniejszych koncertów tego roku. Bez wątpliwości. Nawet, jeśli ktoś nie lubi Radiohead – to ważny jest już sam fakt sprowadzenia do Polski zespołu, który znany jest ze swoich wygórowanych wymagań, dotyczących organizacji swoich koncertów, a do tego niezbyt często koncertuje w “naszej” części Europy. Podobno wielu promotorów starało się sprowadzić Thoma Yorka i jego ekipę do Polski – udało się dopiero teraz. No i oczywiście w 1994 roku w Sopocie, ale kto to pamięta?
Nie mogło mnie na tym koncercie zabraknąć. Mojego aparatu też
. Zdjęcia poniżej – tym razem dwie galerie – jedna na WP, druga na Onecie.

Radiohead na koncercie w Poznaniu
Przyznam, że byłem pod wrażeniem. Dwa lata temu w Roskilde Radiohead trochę mnie znudzili – może wtedy byłem zbyt zmęczony po całym dniu koncertowych atrakcji, a może za bardzo skoncentrowali się na nowej płycie. Teraz było bardzo dobrze!
Jeszcze mała ciekawostka dla tych, którzy chcą znać fotoszczegóły – zarówno support, jak i zespół fotografowalismy przez pierwsze trzy piosenki. Przy czym support – pod całą sceną, a przed Radiohead zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, z których jedna ustawiła się w rzędzie, prostopadle do sceny przy jej lewej krawędzi, a druga przy prawej. To już wiecie, czemu wszystkie zdjęcia pokazują tylko jeden profil muzyków
.
Off już na dobre wszedł do mojego festiwalowego kalendarza. W tym roku wybrałem się do Mysłowic po raz trzeci. Pogoda dopisała, zespoły też. Atmosfera jak zwykle bardzo dobra. Czas na małe fotopodsumowanie – nie będę wrzucał całych galerii, tylko kilka zdjęć. Reszta, jak zwykle, na Wirtualnej Polsce:
To był jeden z najdynamiczniejszych koncertów. Ostra muza, wokalista szybko znalazł się w fosie i spiewał z fanami. Było gorąco! Pod zdjęcie podpinam galerię ze zdjęciami artystów zaghranicznych. Znajdziecie tam zdjęcia z koncertów: Crystal Stilts, The National, Monotonix, Crystal Antlers, Fucked Up, The Pains Of Being Pure At Heart, Micachu & The Shapes, Spiritualised, The Thermals i Tres.b
Czas na polskich wykonawców – koledzy z TCIOF pozwolili mi wejść na scenę i stamtąd robić fotki. Krzyśka Halicza “zdjąłem” świeżo kupionym rybim okiem. W galerii ze zdjęciami rodzimych wykonawców znajdziecie fotki z koncertów: Lecha Janerki, Cool Kids Of Death, The Car Is On Fire, Gaby Kulki, Skinny Patrini oraz Woody Alien.
Trzecie zdjęcie z Offa – tym razem kolejnu wariaci, czyli grupa Monotonix.W ch przypadku nei tylko wokalista (na zdjęciu) ale i reszta składu zeszła do publiki. A wlaściwie – cąły swój koncert zagrała nie na scenie, a przed nią. Pod zdjęcie podpinam trzecią i ostatnią galerię – tak zwaną zbiorczą, ze zdjęciami z różnych koncertów, oraz z podpiętą relacją.
Suzanne Vega zaczyna powoli przyzwyczajać Polaków do swoich częstych odwiedzin. Grała u nas 2 lata temu, zagrała znowu 28 lipca w tym samym miejscu – w Sali Kongresowej. Poprzednim razem fotografowałem ją jeszcze dla onetu, tym razem, jak zwykle, dla Wirtualnej Polski.
Tym razem znów bez szaleństw – skład zaledwie trzyosobowy, ale wystarczający do odtworzenia stonowanych nagrań artystki. Zresztą, co ja się będę rozpisywał – popełniłem, oprócz zdjęć również relację, którą możecie przeczytać w Wirtualnej Polsce. Spragnionych większej ilości materiału zapraszam zatem do klikania w poniższe zdjęcie.

Suzanne Vega w Sali Kongresowej

Suzanne Vega w Sali Kongresowej
Powyższe zdjęcie ilustruje problem, który mają obcokrajowcy z polską wymową
.

Suzanne Vega w Sali Kongresowej
Tu z kolei przed symetrycznie rozstawionym zespołem ładnie i całkiem nieświadomie zapozowali koledzy fotografowie.
Uff, łatwo nie było, a to z powodu dość prozaicznego, czyli… zmęczenia. Joss Stone wystąpiła bowiem w Warszawie dzień po Jarocinie, 20 lipca. Rano wróciłem do Warszawy z festiwalu – prosto do pracy. A po pracy – szybko w samochód i do Palladium na koncert.
Joss Stone na żywo zyskuje, prezentuje się lepiej, niż na studyjnych nagraniach. Jej muzyka brzmi, jak połączenie The Black Crowes, Janis Joplin, z odrobiną funku… Cały skład na żywo, panna Stone w znakomitej formie, po jej przeziębieniu, które podobno uniemożliwiło jej przyjazd tydzień wcześniej do Gdańska pozostało już tylko mgliste wspomnienie i filiżanka wspomagającej struny głosowe herbaty.

Joss Stone w Palladium
Artystka miała pierwotnie miała wystąpić w parku Sowińskiego, Chyba dobrze się jednak stało, że koncert przeniesiono do Palladium, za którym nie przepadam, ale przyznam, że tym razem sprawdziło się. Może dlatego, że nie było ścisku, który czasem wręcz uniemożliwia wejście do sali.
Jeszcze dwa zdjęcia. Do zdjęć dołączona jest relacja. Link jak zwykle pod pierwszą z fotek.

Joss Stone w Palladium

Joss Stone w Palladium
Jarocin w pigułce… Trzy dni muzyki, jedna scena (wiem, była druga, ale nie zawędrowałem na nią), sporo dobrych koncertów i kilka słabszych…
Pierwszy dzień, czyli piątek rozpoczęliśmy od amerykańskiego Ignite. Wokalista paradował w koszulce z orłem w koronie, nie szczędząc słów uznania naszej publiczności. Muzycy pokazali, jak się robi show na poziomie, biegając po całej scenie. A ja, wodząc obiektywem za wokalistą, zrobiłem takie zdjęcie…
Zaraz po nich rodzima gwiazda – Happysad. Na scenie raczej sad, kontrast rzucał sie w oczy. No cóż, taka stylistyka… Galerii nie ma, ale jeśli ktoś spragniony większej ilości zdjęć zespołu – zapraszam do posta o juwenaliach na warszawskim stadionie Syrenki, na którym grupa wystąpiła.

Happysad w Jarocinie
Następny koncert to mój faworyt w kategorii: rozczarowanie festiwalu. Panowie z Bad Brains, bo o nich mowa, chyba wypalili za dużo zielonego przed wyjściem na scenę. W każdym razie granie im się ewidentnie nie kleiło. Z naciskiem na wokalizy, czy raczej rozpaczliwe wycie HR. A szkoda, bo to przecież legenda. Spodziewałem się w każdym razie lepszego show, a dostałem kilku starszych panów, którzy to, co najlepsze mają już ewidentnie za sobą. Trochę się zrehabilitowali pod koniec, ale niesmak pozostał…
Wreszcie gwiazda wieczoru, która też zawiodła - Editors. Po jakis 40 minutach wokalista nagle oświadczył, że traci głos i zespół zszedł ze sceny. Rozumiem, że nie mógł śpiewać, ale: czy reszta muzyków nie mogła trochę pograć, nie wiem – jakiś instrumentalny numer, czy coś? I czy z pozostałej trójki nikt nie umie śpiewać? Kowerów się w garażu nie grało? Słabe to było, ludzie przyjechali specjalnie na ich koncert, a grupa się wypięła… Zdjęcie jeszcze śpiewającego frontmana poniżej.
Po pierwszym kiepskim dniu obiecywaliśmy sobie lepszy drugi. Muzycznie było lepiej, pogodowo niestety gorzej. Po południu spadł deszcz, zrobiło się mokro. Ale Myslovitz, bo od nich zaczęliśmy, stanęli na wysokości zadania i zagrali jak zwykle na poziomie.
Zaraz po nich na scenie zainstalował się dziecięcy chór i grupa Armia. Chór wykonał razem z zespołem “Ukrytą Miłość”, a potem zaczął się czad. Armia jest w znakomitej formie, co muzycy po raz kolejny udowodnili.
New Model Army po Armii? Znakomity pomysł! Nie tylko ze względu na podobieństwo nazw, ale i muzyki. Początek koncertu fotografowaliśmy ze sceny, potem szybko do fosy. Zagrali dynamicznie, z ogniem!
Wreszcie na zakończenie drugiego dnia IAMX. Na scenie ciemno, podobnie jak kilka miesięcy temu w Proximie. Jak zwykle mocno, jak zwykle lekki odjazd. Ciekaw jestem ich show w Stodole.
Trzeciego dnia spokojnie zaczęliśmy jarocińska zabawę od The (International) Noise Conspiracy. Znów mogę napisać to, co w przypadku Ignite – Ci goście wiedzą, jak się robi show. Bardzo mi się podobali, zagrali nie tylko świetnie, ale i świetnie się prezentowali!
Po T(I)NC ze sceny powiało kombatanctwem, ale na poziomie. Zainstalował się bowiem Tomek Lipnicki i jego Tilt. Obok podstawowego składu niemal co piosenkę pojawiali się goście, pamiętający “stare” Jarociny. Szkoda, że po trzech piosenkach musieliśmy wyjść z fosy, bo byłoby co robić.
Wreszcie Kazik Na Żywo – dla wielu festiwalowiczów w zasadzie finał imprezy. Koncert fajny, dobrze że wrócili. Wrzucam dwie foty dwóch liderów:

Kazik Na Żywo w Jarocinie
Ale prawdziwym finałem był występ Animal Collective. Na Nowojorczyków musieliśmy sporo czekać, bowiem na scenie zaprezentowali specjalną scenografię, z wielka kula w centralnym punkcie. Szkoda, że na scenie było ciemno i że w sumie na ich koncertach nie dzieje się za wiele. No i szkoda, że słuchała ich w zasadzie garstka ludzi. Może lepiej by było wrzucić ich między T(I)NC a Tiltem?
Last But Not Least – wielkie dzięki dla Artura i jego rodziny za przemiłą gościnę w Kotlinie!!!
Na koncert Morcheeby w Stodole, 16 lipca wybierałem się bez jakiś wielkich oczekiwań. Zespół z nową wokalistką fotografowałem już w ubiegłym roku w Poznaniu, podczas Allegro Music Festival. Zagrali wtedy bardzo “leniwie”, czemu sprzyjało otoczenie (okolice Malty) i rozleniwiająca pogoda. Choć ja wtedy czekałem przede wszystkim na Manic Street Preachers.

Morcheeba w Stodole/kliknij na zdjęcie, aby zobaczyć całą galerię.
W Stodole było duszno i ciemno. Widać to (przede wszystkim ciemno) na zdjęciach. Na szczęście Manda – wokalistka, która występuje z zespołem na trasie, to osoba pełna gracji. A do tego ładnie śpiewa. Zresztą, ja nie jestem fanem Morcheeby i trudno mi ocenić, czy lepsze jest jej aktualne wcielenie, czy to poprzednie, ze Skye na wokalu.

Morcheeba w Stodole.

Morcheeba w Stodole.
Tyle rozważań – zapraszam do galerii na WP, link jest schowany pod pierwszym ze zdjęć.
David Byrne – kiedyś zabawny okularnik, który szalał w nieco ekscentrycznych klipach The Talking Heads, dziś ubrany na biało, elegancki pan w średnim wieku. Jego koncert 13 lipca w Stodole nie był może mistrzostwem frekwencyjnym, ale był na pewno znakomity pod względem wykonania. Byrne przywiózł ze sobą kilku tancerzy, którzy naprawdę fajnie dopełniali całości show, wciągając do zabawy zespół (podobnie jak Byrne, ubrany na biało) z liderem włącznie. A do tego oczywiście świetna muzyka. Jednym słowem – fajny wieczór.
A zdjęć nie ma – organizator nie pozwolił. Posiłkuje się zatem linkiem do galerii na Wirtualnej Polsce, do obejrzenia której zapraszam!
Morrissey w Polsce! Ilu fanów czekało na taką informację? Mozz do tej pory skrzętnie omijał nasz kraj, a raczej – nikt nie był zainteresowany sprowadzeniem go do Polski. Ciekawe czemu? Za drogi? Za mało popularny? Czy za chimeryczny?
Wreszcie stało się – koledzy z Go-Ahead postanowili zaryzykować i 7 lipca, dwa dni po Openerze, Morrissey wystąpił po raz pierwszy w naszym kraju, w warszawskiej Stodole.
Gwiazdę supportowała formacja Doll & The Kicks. Zgodnie z nazwą na scenie pojawiła się panna i kilku kolegów. Dobrze, że nie rozdawali kopniaków, bo my (w sensie fotografowie) staliśmy najbliżej.

Doll & The Kicks w Stodole.
Po koncercie supportu doszło do dość zabawnej sytuacji. Usiedliśmy sobie w stodołowym ogródku (my, czyli fotografujący – Artur, Łukasz i ja), aż tu nagle do Łukasza podchodzi kolega z obsługi koncertu i prosi go na stronę. Łukasz po chwili wrócił i powiedział, że został poproszony o zdjęcie koszulki, na której miał napisane… “Eat Meat”… Dodam tu, że Mozz jest wojującym weganem i potrafi przerwać koncert, jak mu coś brzydko zapachnie. Łukasz przełożył koszulkę na lewą stronę, przy okazji zaklinając się, że założył ją przypadkiem…
Po jedzeniowych rewelacjach, spokojni o nasz los udaliśmy się do fosy…
… gdzie przekonałem się, że Morrisseya trudno się fotografuje. Lubi łazic po scenie, światło miał na początku koncertu średnie (a to była jego oprawa), strzelał z kabla mikrofonowego (i złapał na “lasso” biednego Artura). Ale koncert zagrał znakomity!

Morrissey w Stodole

Morrissey w Stodole
Widziałem go po raz pierwszy w Roskilde w 2004, na Arenie. Tam było całkiem intymnie, jak na festiwalowe warunki. Spodobało mi się! Kontakt z publiką, piosenki. Fajne!
Potem był rok 2006 i znów Dania. Tym razem Main Stage, ja pijany po spotkaniu z kolegami z Poznania, którzy poczęstowali mnie jakimś zabójczym miksem wódki z czymś tam. Pamiętam, że prosiłem na kolanach ochroniarkę, żeby wpuściła mnie do pierwszego sektora (śmiała się, ale nie wpuściła… chyba), a zdjęcia wyszły… Nie, raczej nie wyszły.
No i teraz raz trzeci. Raz jeszcze powtórzę – znakomity.
Ostatni dzień Openera dla mnie rozpoczął się koncertem Lily Allen. Panna Allen, swoją drogą mająca całkiem fajne teledyski i wpadające w ucho piosenki na scenie zaprezentowała się w fioletowej peruce, z rockowym zespołem, dodającym jej występowi hmm rasowości? W sumie show dla nastolatków, ale na poziomie.
Po Lily Allen wypuściłem się na World Stage, na koncert Santigold. Co tu pisać – zdjęcia zrobione, po 3 piosenkach odwrót.
22.15 – zbiórka przed koncertem Kings Of Leon. W krótkim podsumowaniu poopenerowym napisałem, ze to najbardziej sfochowany zespół na festiwalu. Już wyjaśniam, dlaczego – otóż przed koncertem dowiedzieliśmy się, że: możemy używać tylko jednego obiektywu, nie możemy mieć przy sobie żadnych innych szkieł i możemy fotografować tylko z jednej strony sceny, którą jeszcze przed koncertem musimy sobie wybrać. Nie wolno fotografować na wprost. Cóż było robić – przypiąłem długie szkło i wybrałem stronę lewą. Efekty tu (i w nowym Teraz Rocku).
Po Kingsach skok pod namiot na The Ting Tings. To dla mnie jedno z odkryć tego festiwalu. Fakt – grają już trochę czasu, ale wcześniej ich twórczość do mnie nie docierała. A teraz – już mnie kupili. Świetny koncert, dwie osoby na scenie, a energii za cztery. Cóż za kontrast po znudzonych chłopaczkach z Kings Of Leon.
Wreszcie Placebo, już po północy i na do widzenia., bo Prodigy z żalem, ale jednak odpuściłem. Anglo/szwedzko/amerykańskie trio, na żywo wspomagane przez dodatkowe osoby, stojące z tyłu zagrało bardzo dobry koncert. Cieszę się na ich przyjazd do Warszawy w listopadzie. Efekt zdjęć, podobnie, jak w przypadku KOL, również w nowym (czyli sierpniowym) Teraz Rocku.
I tyle – Prodigy obejrzeliśmy z dystansu, kierując się w stronę autobusów. Festiwal udany i muzycznie i zdjęciowo. Klimat bardzo fajny, sporo znajomych, z którym,i spędziłem miło czas, rozmawiając o tym i owym. Last but not least – dobrze, że wreszcie
udało mi się wszystkie koncerty podsumować.
Trzeci dzień festiwalu był dla mnie dniem najważniejszym, głównie z racji koncertów Faith No More i Pendulum – czyli dwóch formacji, na których występy bardzo się nastawiałem. Nie zawiodłem się, szczególnie na pierwszym z zespołów… Ale do rzeczy…
Weszliśmy na teren festiwalu w trakcie koncertu Izraela. Nie było już sensu robić zdjęć, zresztą akurat Izrael, z racji swojej aktywności koncertowej, miałem okazję w tym roku fotografować. Kolejny na dużej scenie miał być Madness. Niestety, ekipa Brytoli, muzycznie mi bliska (ech te klipy z lat osiemdziesiątych…) spóźniła się na festiwal i zagrała godzinę później, na World Stage, Cóż było robić – drabinka na plecy i marsz na wspomnianą scenę. Warto było. Szkoda, ze tak krótko – po 3 piosenkach musiałem uciekać, bo w line upie między Madness a Faith No More zrobiło się dość ciasno…
Szybki marsz w kierunku sceny głównej, na której o 22:00 rozpoczął się koncert, na którym w sumie najbardziej z całego festiwalowego składu mi zależało – Faith No More. Cóż, będę nieobiektywny ale… Bardzo mi się podobało. To był tak w ogóle jedyny koncert, który obejrzałem w całości. Świetny show, znakomity dobór piosenek… Podobno za jakiś czas ma być nowy album – news z sierpnia. Aha, ze zdjęć jestem tym razem zadowolony – świetne światło, zespół plastyczny. Zapraszam do galerii!
A wracając do Open’era – po Faith No More kolejny mocny strzał – Pendulum. Po raz pierwszy widziałem ich kilka lat temu w Roskilde – zagrali wtedy set DJski i szczerze pisząc, nie podobało mi się. Potem w 2008 roku na Rock Im Park wystąpili w pełnym składzie świetny dając mocno rockowy show. W tym samym roku mieli być główną gwiazdą najbardziej nieszczęsnego festiwalu na jakim byłem, czyli podwrocławskiego Creamfields. Koncert się nie odbył. A teraz – zagrali, był pełny skład, daję im czwórkę (z plusem za fragment Master Of Puppets). Czemu czwórkę? Może gdyby nie grali po FNM, byłaby piątka? Aha – na scenie było naprawdę (!) ciemno.



























