Ostatni dzień Openera… Smutek, że już po i trzeba wracać do domu, ale i zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Do garderoby doszły nieprzemakalne spodnie i kurtka (kupione w sobote, po piątkowej nawałnicy, nie za bardzo się w sumie przydały), do portfolio kilka tysięcy zdjęć.
Ale, ale – jeszcze niedziela, wyjątkowo obfita w koncertowe emocje. Najpierw The Wombats, zadziwiająco energetyczni…
Po nich The Strokes – tu z kolei średnio energetycznie i mało fotogenicznie. Wokalista uparcie zasłaniał się mikrofonem, podobno zszedł do ludzi, szkoda ze po trzech piosenkach.
Zupełnie inaczej było na koncercie Hurts pod namiotem. Choć muzycznie ten band (duet właściwie) nie do końca mnie przekonuje, wizualnie było znacznie ciekawiej, niż na Strokesach. Panowie z Hurts lubują się w swoistej teatralności. Dużo tu gestów, min, póz – a aparat to lubi. Stąd też udało mi się uchwycić sporo fajnych momentów. Pod pierwszym zdjęciem link do całej galerii na WP:
Wreszcie ostatni koncert festiwalu: M.I.A. I tu duże zaskoczenie: w trakcie pierwszej piosenki okazało się, że… możemy wejść na scenę. Nie był to chyba do kńca dobry pomysł – tłum fotografów obstąpił artystkę, ciężko było się wepchać (!) , aby uchwycić dobry kadr. Do tego wysoka scena – dobrze, że nikt nie spadł
.
Koncert M.I.A. był ostatnim, który fotografowałem na Openerze 2011. Do zobaczenia za rok!









