Starszaki i dzieciaki – Opener 2014

Poniższy tekst jest moim podsumowaniem tegorocznego Openera, które napisałem dla Radionewslettera – branżowego medium, którego treści są dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Dlatego publikuję go również tutaj :). Pod zdjęcia (niestety poziome mocno skompresowane na WordPressie) podpięte są linki do stosownych galerii. Całość moich galerii z festiwalu znajdziecie między innymi na portalu Koncertomania.pl

 

Starszaki i dzieciaki – Opener 2014

 

Trzynasta edycja Openera okazała się być dla organizatorów i fanów przełomową. Po pierwsze – wskutek „Kosakowo Gate” zatrzymano rozbudowę lotniska, zniknęła więc groźba wyprowadzenia imprezy w inne miejsce. Po drugie – głośnym echem w branży odbiło się wycofanie się sponsora tytularnego, który w tym roku co prawda partycypował w kosztach imprezy, ale już na mniejszą skalę, stąd zmiana kolorystyki z zielonej na białą. Do tego gdyński festiwal musiał stanąć w szranki z imponującym line-upem Orange Warsaw Festival. Ostatecznie jednak impreza się odbyła, fani przyjechali, może nie tak tłumnie, jak poprzednimi laty, ale jednak pusto nie było. No i dopisała pogoda!

 

Festiwale takie, jak Opener mają niestety to do siebie, że nie da rady ogarnąć ich w całości. Może w przyszłości, dzięki teleportacji będziemy w stanie przemieszczać się w sekundę z miejsca na miejsce, dziś jednak każdy fan skazany jest na przemierzanie festiwalowych kilometrów i bolesne wybory – czy zostać na koncercie zespołu X do końca, olewając początek koncertu zespołu Y, czy też zrywać się pod koniec X, aby zobaczyć cały Y. Kto był na choć jednym dużym festiwalu, wie o co chodzi. Do tego dochodzą tak na pozór błahe elementy, jak: zmęczenie, jedzenie, siku, przypadkowo spotkani znajomi, z którymi warto zamienić kilka słów itp. Dlatego też nie obejrzałem wszystkich tych sztuk, które chciałem, za co się kajam, z nadzieją że będzie okazja na odrobienie zaległości. Ach no tak, i jeszcze mały drobiazg – na Openerze byłem, jak co roku od 6 lat, akredytowany jako fotograf, bowiem poza zajęciami dziennikarsko – radiowymi zajmuję się też współprowadzeniem agencji Music Foto Kolektiv [reklama – zapraszam na www.mfk.com.pl – reklama].

 

Dlatego też musiałem trzymać się dokładnej rozpiski wejść i wyjść do fosy (to ten teren między sceną, a publiką w którym działają ochrona i fotografowie przez pierwsze trzy (lub ostatnie trzy w przypadku Foals) piosenki), aby zrobić ładne zdjęcia, których kilka Państwu prezentuję.

 

Spacerując po festiwalowych polach i alejach nietrudno było zauważyć, że organizatorzy skroili line-up pod dwie kategorie: nastolatki, lubiące to co modne i trzydziesto/czterdziestolatki, lubiące to, co modne było w czasach ich nastoletniości. Obie grupy raczej się nie mieszały, więc gdy pierwszego dnia na głównej scenie grał Interpol, dzieciaki tłumnie waliły do namiotu na Metronomy. Swoją drogą Interpol to chyba największy przegrany imprezy: nie dość, że zagrali swoje pełne melancholii piosenki w zachodzącym słońcu (a nie w ciemnościach, jak to drzewiej bywało), to jeszcze mają za sobą 4 lata przerwy, a dla młodej festiwalowej publiczności te 4 lata to niemal wieczność. Gdzie te czasy, gdy oglądałem ich, jako gwiazdy w Roskilde, Hurricane, czy… na Openerze? Może powrócą wraz z kolejnym albumem, który ma zostać wydany we wrześniu?

 

Metronomy okazało się być bardzo fajną alternatywą dla wspomnianych wyżej Amerykanów. Ze szczególnym wskazaniem na dość oryginalną sekcję rytmiczną – perkusistkę, która powiedzmy, nie jest super fachmanką, ale za to przeuroczo wygląda i basistę, który z kolei wymiatał jak cholera, a do tego wszędzie go było pełno.

 

Jednak gwiazdą pierwszego wieczora byli panowie z The Black Keys. W studiu duet, na scenie kwintet, oklaskiwani było przez największy festiwalowy środowy tłum. I słusznie, bo nie tylko fajnie zagrali, ale i prawili komplementy, typu: „tu jest 10 razy więcej energii, niż na Glastonbury”, co podchwyciła zresztą brytyjska, jak co roku mocno na festiwalu reprezentowana, prasa muzyczna. I dobrze, niech wiedzą, że poza jedzeniem łabędzi umiemy się tez dobrze bawić na koncertach :). The Black Keys udowodnili też, że dzieciakom w sumie wszystko jedno, kto gra – ważne, że gra hity, a tych jak Państwo radiowcy wiedzą, grupa ma w zanadrzu kilka. Po nich jeszcze Foster The People. Dla mnie to One Hit Wonder, ale ja nie mam już 18 lat, więc co ja mogę wiedzieć… Ważne, że dzieciakom się podobało.

RNL_BK

No i nie widziałem Haim, pluję sobie w brodę, bo ponoć koncert bardzo fajny. I muzycznie i wizualnie!

 

Drugi dzień zdominowany był przez Eddiego Veddera i jego kolegów. Ale zanim grungowa legenda zawładnęła openerową sceną, pojawili się na niej goście z MGMT, grając zaskakująco nudny koncert. Wyglądali, jak ekipa zjaranych hipisów i niestety, tak też się zaprezentowali. Za to bardzo gorąco było na koncercie MO – to „O” powinno być napisane na skandynawską modłę, jak w słowie OL, czyli PIWO. Już przed koncertem koledzy, opiekujący się sceną HANS (Here And Now Stage) uprzedzili mnie, że „będzie grane zejście do publiki”. I rzeczywiście, panna MO (mu/y) podczas trzech pierwszych zeszła dwa razy, ku uciesze licznej gawiedzi i mojej, bo miałem fajne kadry.

 

Czas na Pearl Jam – zgromadzili chyba największy tłum; pod sceną hard-core fans z ekipy Touring Poles, jeżdżącej z grupą po całej Europie, z tyłu słuchający z rozrzewnieniem pracownicy wszelakich korporacji, którzy kiedyś mieli długie włosy, flanelowe koszule i glany (mój przyjaciel mawia, że Opener to Woodstock dla pracowników korporacji 🙂 ), a dziś z uporem maniaka produkują PKB naszej ojczyzny. Pearl Jam zagrali bardzo dobrze! Nie przeszkadzało mi bełkotanie Veddera, który jak zwykle osuszył w czasie koncertu jedną, a może dwie butelki wina. Niech sobie mamrocze, ważne że gdy śpiewał – nagle stawał się zawodowcem pełną gębą. Od początku koncertu pod sceną ścisk, trochę nerwowo wśród ochrony, trochę nerwowo na scenie – Eddie kilka razy apelował do publiczności, aby na siebie uważała. Kurde, w pewnym momencie stanęła mi przed oczami deszczowa noc 30 czerwca 2000 w Roskilde. Dzięki Bogu, okres pchania się pod scenę miałem wtedy już za sobą… Pamiętam tamten wieczór i doskonale rozumiem Veddera i jego schizę na punkcie bezpieczeństwa.

RNL_PJ

Grungowcy zagrali najdłuższy koncert na tegorocznym Openerze, a przecież mogliby jeszcze grać i grać. Niestety, po nich na scenie zainstalowała się grupa Rudimental. Radykalna wymiana publiki i zmiana repertuaru. Pan wokalista fajnie skakał, co numer towarzyszyła mu inna wokalistka. Tyle moich wrażeń, fanów Rudimental przepraszam, ale to nie moja bajka. Żałuję Afghan Whigs i Darkside, ale znów – kurde nie mam teleportera!

 

Trzeci dzień upłynął pod znakiem koncertu Jacka Bieleckiego… Przepraszam – Jacka White, ale przecież on Polak Panie… Widzieli Państwo jego zdjęcie na Twitterze, jak całuje polską ziemię po wyjściu z samolotu? A i w czasie koncertu podkreślał swój związek z naszym krajem, mówiąc że mama mu powiedziała, że ma nie wracać bez polskiej żony! Nie wiem, czy mu się udało, wiem że zagrał świetny koncert, może i najlepszy na całym festiwalu? To chyba jedyny moment zjednoczenia publiki nastoletniej, dla której jest cały czas hot, i tej starszej, która ceni go za oddanie tradycji. Świetnie się to oglądało i słuchało, to jest blues XXI wieku! Luz na scenie, radość grania, no i numery The White Stripes w nowych aranżacjach. „Seven Nation Army” z riffem wyryczanym przez festiwalową publikę robiło wrażenie!

RNL_JW

Przed Jackiem na scenie Foals – jak zwykle mocno, mocniej niż na płytach i podobnie, jak w Stodole w ubiegłym roku foto na trzech ostatnich numerach, z malowniczo spoconym liderem i rozszalałą publiką, która miała okazję pomacać Yannisa Philippakisa, gdy zszedł ze sceny, aby pospacerować w fosie. A po Jacku – Lykke Li na ukojenie festiwalowych emocji. Bardzo dobrze zagrały też Misia Ff i Mela Koteluk no i ponoć Ben Howard oraz Banks. Aha, sensacją dla wielu był duet Royal Blood – zapchany namiot Alter Stage, energetyczna, rockowa muza i publika, która w zabawowym amoku uszkodziła podłogę. Nieźle, nie?

RNL_Foals

Czas na finał – nie byle jaki, bo w sobotę gwiazdą był ostatni ogłoszony headliner imprezy, czyli Faith No More. Już nie do końca 90′ revival, bowiem panowie, obok swoich świetnie zresztą dobranych na tę okazję hitów zagrali też dwa nowe numery. Czy doczekamy się płyty? Oby! Bo forma znakomita – Patton zaprezentował przekrój przez swoje możliwości wokalne, zresztą setlista mu w tym pomagała, bowiem grupa zagrała agresywnie, momentami serwując chwile wytchnienia, w postaci „Easy”, po chwili znów atakując kolejnymi mocnymi kawałkami. Tytułów nie podaję – ani tu, ani w przypadku innych kapel, bo w dobie internetu każdy może wejść na setlist.fm i sprawdzić, jak mocno było. Może czasem ktoś się potknął, gitarzysta zagrał „sąsiada”, ale czy to istotne? Wszak któryś z muzyków FNM powiedział kiedyś, że koncert to żywioł i lepiej się na nim skupić, niż w skupieniu odgrywać kolejne partie instrumentów. I tak właśnie było (co ciekawe i typowe dla tej, lubującej się w kontrastach załogi) wśród bukietów kwiatów, zainstalowanych na scenie…

RNL_FNM

Gdy panowie z Faith No More zabawiali starszaków, młodzież tłumnie waliła na koncert Bastille. Pisk, ochy i achy, energetyczna muza i zabawa – tak to wyglądało. Aha, przed FNM zagrali panowie z The Horrors. Widziałem ich na Offie kilka lat temu i tam chyba się bardziej odnaleźli. Tu raczej sprawiali wrażenie zagubionych. Z kolei po headlinerze jeszcze francuski Phoenix – podkreślili ze sceny, że istnieją 15 lat i po raz pierwszy grają w Polsce. A zagrali mocno i przebojowo – w sam raz na dobre zakończenie festiwalu. Silnie reprezentowana była polska scena w namiocie: Plastic, Kari i Artur Rojek. A do tego już wiem, że trzeba będzie następną razą iść na Warpaint i Daughter.

 

13 edycja Openera za nami, czas szykować się na kolejne festiwale. Sonisphere, Jarocin, Audioriver, Woodstock, Cieszanów… Polska festiwalami stoi, prawda? Jeszcze na koniec zaproszenie dla tych, którzy chcą pooglądać więcej openerowych obrazków – [reklama] na Facebooku Music Foto Kolektiv znajdziecie Państwo linki do festiwalowych galerii [reklama] – zapraszam :)!

 

Marcin Bąkiewicz/Rock Radio

Kult bez prądu

Kult grający akustycznie widziałem dwa razy – raz pierwszy podczas nagrania płyty Unplugged, raz drugi wczoraj, w Stodole. Miła odmiana po elektrycznych koncertach, głośnych i pełnych potu. Miałem wrażenie, że na scenie panowało większe skupienie, a i ponoć bez prądu jest szlachetniej i trudniej…

Trzy piosenki na dole szybko zleciały. Potem krótka, może jedno, może dwupiosenkowa wizyta na balkonie i do widzenia.

Troche fot poniżej, w tym takie które się nie załapały do publikacji. Reszta – ta opublikowana znaczy (razem z linkiem do relacji Zbyszka Zeglera) – w galerii na WP.

Kult-6Kult-3Kult-4Kult-13Kult-22Kult-35Kult-14Kult-25Kult-34Kult-17Kult-21KultKult-29Kult-33    

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Z początkiem każdego roku obiecuję sobie przywrócić do aktywności mój fotoblog. Życie jednak weryfikuje owe plany :), a brak nowych wpisów z reguły wynika z natłoku innych wydarzeń i zadań. Stąd konto na Twitterze, który stał się takim „skróconym” blogiem. Ale w 160 znakach wszystkiego się nie ujmie, więc dziś robię przerwę od ćwierkania, w zamian odpalając po dłuższej przerwie wordpressa…

… próbowałem sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz uczestniczyłem w imprezie, sygnowanej przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i wyszło, że w 1993 roku. W Miliczu, w auli I LO zorganizowano z tej okazji koncert „Rockowisko 1993” na którym zagrały lokalne zespoły. Kapel było sporo, jedną zapamiętałem, zapewne dlatego że kupiłem ich kasetę – Zgniłe Banany ze Żmigrodu. Poza kasetą kupiłem też koszulkę, którą przez następnych kilka lat z dumą nosiłem, aż z niej wyrosłem. No i oczywiście dałem na Orkiestrę…

… od trzech lat fotografuję finały WOŚP, jako członek orkiestrowej fotoekipy. W tym roku, jako człowiek od koncertów, zostałem wysłany pod PKiN. Trochę żałuję, że nie miałem okazji postrzelać dłużej w studio (poza dwoma porannymi godzinami), za to wysłuchałem i obejrzałem w sumie 9 wykonów, solidnie zmarzłem i zrobiłem trochę zdjęć. Poniżej krótki wybór:

XXI_WOSP_Marcin_Bakiewicz_blog-9  XXI_WOSP_Marcin_Bakiewicz_blog-3XXI_WOSP_Marcin_Bakiewicz_blog-12 ObrazekObrazekXXI_WOSP_Marcin_Bakiewicz_blog-14

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekXXI_WOSP_Marcin_Bakiewicz_blog-22Obrazek

Twitter

Założyłem sobie konto na Twitterze 🙂 i tam postanowiłem publikować linki do zdjęć i informacje o innych aktywnościach. Zapraszam: twitter.com/MarcinBakiewicz

I have started my Twitter account 🙂 and decided to publish my links and news there. Feel free to follow me: twitter.com/MarcinBakiewicz

 

 

Ursynalia 2012: Slayer i Limp Bizkit

Obrazek

Gdyby mi ktos kilka lat temu, gdy po raz pierwszy zawitałem z aparatem na Ursynalia powiedział, że będę na tej scenie oglądął i fotografował takie zespoły, jak Korn, Slayer, Limp Bizkit, czy Mastodon, pewnie uznałbym go za fantastę ;). A jednak – z roku na rok Ursynalia przekształcają się ze studenckiej imprezki w festiwal pełną gębą. Ba, tegorocznego lineupu pozazdrościć może niejeden duży polski i pewnie nie tylko Open-air…

Zleconych miałem tylko zagranicznych wykonawców, więc pierwszego dnia czekały mnie dwie sztuki. Najpierw Slayer – Zabójców widziałem hmm.. z 8 razy? Z reguły na różnych festiwalach, bo Slayer lubi koncertować w Europie. W Polsce ostatnimi laty pojawiają się przecież co roku!

Było tak, jak być powinno. Tom Araya uśmiechnięty nie tylko między piosenkami , ale i w trakcie (zabawnie to wygląda, gdy wyrzuca z siebie złowieszcze teksty z uśmiechem na twarzy), Kerry King tym razem bez pieszczoch, (które na Sonisphere założył na pierwsze trzy numery, po czym gdy wyszliśmy z fosy, zdjął ;)). Dave Lombardo w czapeczce, strojący śmieszne miny, no i wreszcie… Gary Holt zamiast leczącego się po tajemniczym ugryzieniu przez pająka Jeffa Hannemana.

Na scenie królowała precyzja i siła. Zadnych niedociągnięć, ale i żadnych odskoczni od tego, co być powinno. Jedni to lubią, innym pewnie takie iście zegarmistrzowskie odegranie piosenek, bez żadnuch niespodzianek i improwizacji przeszkadza. Ja lubię ;). A oglądający ze mną część koncertu kolega Filip Malinowski, znający Slayera na wylot potwierdził – świetna forma, bardzo dobry koncert. Ostatecznym testem był jeszcze pisk Arayi w Angel Of Death. Dał radę :).

This slideshow requires JavaScript.

Po Slayerze krótka przerwa, koncert Chassis i czas na drugą gwiazdę wieczoru – Limp Bizkit. Nie było łatwo wejsc do fosy, ale jakoś się udało. Sam koncert – dla mnie rewelacja. Moze nie aż tak dobry, jak ten który panowie dali półtora roku temu w Stodole, ale i tak było OK. Borland jak zawsze w odjechanym outficie, Fred na koszykarza w obowiązkowej czerwonej czapeczce, sekcja wiadomo, za deckami nowy nabytek (ale tylko na trasy) – niejaki DJ Skeletor. Setlista: hit za hitem. Choc nie obylo sie bez zgrzytów – podczas „Life In the Fast Lane” Fred zszedł do ludzi po czym kilkukrotnie przerywał piosenkę, prosząc aby podniesiono z ziemi osoby, które upadły. Dla mnie zachowanie godne szacunku, przeciez mogł to olać i serwować ludziom kolejne kawałki, nie przejmując się publiką. A że byłem na koncercie Pearl Jam w Roskilde w 2000 roku – też jestem na tym punkcie wyczulony. Brawa za czujność, panie Durst!
Więcej zdjęć w galeriach na WP:

Opener 2011 – dzień czwarty

Ostatni dzień Openera… Smutek, że już po i trzeba wracać do domu, ale i zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Do garderoby doszły nieprzemakalne spodnie i kurtka (kupione w sobote, po piątkowej nawałnicy, nie za bardzo się w sumie przydały), do portfolio kilka tysięcy zdjęć.

Ale, ale – jeszcze niedziela, wyjątkowo obfita w koncertowe emocje. Najpierw The Wombats, zadziwiająco energetyczni…

The Wombats na Open'er 2011

The Wombats na Open'er 2011

The Wombats na Open'er 2011

The Wombats na Open'er 2011

Po nich The Strokes – tu z kolei średnio energetycznie i mało fotogenicznie. Wokalista uparcie zasłaniał się mikrofonem, podobno zszedł do ludzi, szkoda ze po trzech piosenkach.

The Strokes na Open'er 2011

The Strokes na Open'er 2011

Zupełnie inaczej było na koncercie Hurts pod namiotem. Choć muzycznie ten band (duet właściwie) nie do końca mnie przekonuje, wizualnie było znacznie ciekawiej, niż na Strokesach. Panowie z Hurts lubują się w swoistej teatralności. Dużo tu gestów, min, póz – a aparat to lubi. Stąd też udało mi się uchwycić sporo fajnych momentów. Pod pierwszym zdjęciem link do całej galerii na WP:

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Hurts na Open'er 2011

Wreszcie ostatni koncert festiwalu: M.I.A. I tu duże zaskoczenie: w trakcie pierwszej piosenki okazało się, że… możemy wejść na scenę. Nie był to chyba do kńca dobry pomysł – tłum fotografów obstąpił artystkę, ciężko było się wepchać (!) , aby uchwycić dobry kadr. Do tego wysoka scena – dobrze, że nikt nie spadł ;).

M.I.A. na Open'er 2011

M.I.A. na Open'er 2011

M.I.A. na Open'er 2011

M.I.A. na Open'er 2011

Koncert M.I.A. był ostatnim, który fotografowałem na Openerze 2011. Do zobaczenia za rok!

 

Opener 2011 – dzień trzeci

Trzeci dzień festiwalu był dla mnie najważniejszym. Tego dnia wystąpił Primus – zespół, na którego koncert bardzo się szykowałem. Primus zagrali znakomicie, może zmieniłbym nieco setlistę, bardziej pod lata dziewięćdziesiąte, ale i tak było naprawdę świetnie. Panowie są w świetnej formie, na zdjęciach fajnie się prezentują, oby przyjechali na jakiś klubowy gig do Polski! Aaa – pod pierwsze zdjęcia podpinam całą galerię na WP.

Primus na Open'er 2011

Primus na Open'er 2011

Primus na Open'er 2011

Primus na Open'er 2011

Primus na Open'er 2011

Primus na Open'er 2011

Pod koniec koncertu pobiegłem pod namiot, żeby szybko „ustrzelić” Kate Nash. Tak się prezentowała:

Kate Nash na Open'er 2011

Kate Nash na Open'er 2011

Kate Nash na Open'er 2011

Kate Nash na Open'er 2011

A potem czekała nas, fotografów przykra niespodzianka. Okazało się, że Prince (czy raczej jego management) nie wyraził zgody na jakąkolwiek rejestrację jego show. Trudno, obszedłem się ze smakiem, kołysząc się z dystansu w rytm „Purple Rain”…